Kurier Tarnowski: Razem z publicznością przenoszę się w świat magii

Z iluzjonistą Marcinem Muszyńskim, jedną z gwiazd tegorocznych Dni Gminy Borzęcin, rozmawia redaktor naczelny Michał Gniadek.

 

Czy magika da się w jakiś sposób zaskoczyć? Z reguły to magicy zaskakują publiczność, ale czy działa to też w drugą stronę?

 

Oczywiście! Jestem zwykłym człowiekiem, zaskakują mnie różne emocje. Zaskakują mnie dzieci, które postrzegają magicznie i nieprzewidywalnie świat. Magika zatem można zaskoczyć. W naszej pracy staramy się przenieść dorosłych ludzi w świat bajki i fantazji.

 

Obserwując innych iluzjonistów bywa Pan zaskakiwany? Są jakieś techniki iluzji, które są dla Pana jeszcze nieodgadnione?

 

Chyba już nie. Z dużą ciekawością wyszukuję materiały, które będą mogły stanowić dla nie wyzwanie lub będą dla mnie tajemnicą. Jednak w świecie magii jest tak, że gdy obserwuję innych czarodziejów, dostrzegam rzeczy, elementy spektakli, na które publiczność nie zwraca uwagi, a są kluczem danego pokazu. Jednak przyznam szczerze, że niedawno widziałem pokaz przygotowany przez Japończyka, który zrobił piękny, czysty program i miałem duże trudności z rozwiązaniem jego sekretu. Naprawdę był to piękny spektakl magii.

 

Które sztuczki sprawiły Panu największą trudność? Nad czym pracował Pan najdłużej, aby dojść do perfekcji?

 

Odpowiedź jest prosta – dwie sztuczki. Pierwsza, w której przecinam się piłą spalinową, po czym same nogi odjeżdżają na rowerze, była przygotowywana na półfinał programu ,,Mam talent”. Dzięki temu pokazowi wszedłem do grona finalistów tego programu. To był wówczas bardzo trudny numer, obarczony dużą dawką stresu. Miałem kilka miesięcy na przygotowanie tej etiudy, wyreżyserowanie jej, przygotowanie rekwizytów, modelek, choreografii, skomponowania muzyki. Magiczna etiuda to nie tylko rekwizyt. Na potrzeby występu trzeba skomponować muzykę specjalnie pod konkretny pokaz, gdyż w danej sekundzie jest akcent muzyczny, który koresponduje z tym co wykonuję w danym momencie na scenie – pojawiają się anioły to wówczas musi być anielska muzyka, gdy pojawi się diabeł z głośników płyną mroczne dźwięki itd. Dodatkowy stres potęgował fakt, że program był transmitowany na żywo, musiałem się zmieścić co do sekundy z tą etiudą, która tak naprawdę wykonywałem dopiero pierwszy raz. Nie wiedziałem czy się uda, czy zdążę się zmieścić w czasie i najważniejsze - nie wiedziałem jak zareaguje na ten pokaz publiczność. Bywa i tak, że dany numer przygotowuję rok lub dwa, w wyobraźni wygląda to pięknie, ale w rzeczywistości nie wygląda to zupełnie dobrze i trzeba robić poprawki.

 

Drugim numerem, którego przygotowanie wymagało ode mnie tytanicznej pracy jest lewitacja z fortepianem. Jest to ewenement na skalę światową, nikt do dziś nie jest w stanie tego pobić! Ten trzyminutowy numer przygotowywałem trzy lata. Trudność w tym numerze polega na tym, że fortepian waży kilkaset kilogramów, ja ważę sto kilo i latamy oboje do góry nogami i to dziewięć metrów nad ziemią. Wysokość oraz waga są niebezpieczne, trudne do wykonania, ale dające niesamowitą frajdę i przyjemność. Gdy wówczas obserwuję reakcję publiczności, ich zaskoczenie to mnie napędza, dzięki publice mam dalszą chęć tworzenia.

 

Wróćmy na chwilę do programu ,,Mam talent”. Tamtejsze jury bardzo niechętnie podchodzi do iluzjonistów, tylko Panu udało się pokonać ich sceptycyzm.

 

Udało się to tylko dlatego, że nikt w Polsce w taki sposób nie przedstawiał iluzji. Jeszcze do niedawna iluzja w naszym kraju kojarzyła się z ptaszkiem, kółeczkiem i kartami. Owszem taka magia uliczna też ma swoje plusy, ale dotychczas w Polsce nie było spektakularnych spektakli z lewitującym fortepianem, pojawianiem się samochodów i budynków. To udało się przedstawić w ,,Mam talent” i zaskoczyć publiczność i jury. Bardzo żałuję, że w naszej edycji nie było już Kuby Wojewódzkiego, ponieważ w każdej edycji ,,Mam talent” jest ok. 30 iluzjonistów, ale żaden z nich nie przechodzi dalej, z małymi wyjątkami. Ciekawe jakby to wyglądało z jego udziałem. Program ten poza trikami, ocenia wartość artystyczną…

 

Musi być efekt WOW.

 

Tak, jeśli ktoś go nie ma to jury wprost daje sygnał, że trzeba uatrakcyjnić występ. Ten program powoduje, że artyści mogą słuchać dobrych rad i ewentualnie wprowadzać poprawki i szukać szczęścia w kolejnych edycjach.

 

Kto przychodzi na Wasze występy?

 

Staramy się zmienić mentalność, o której mówiłem wcześniej. Rozpoczęliśmy największą magiczną trasę koncertową w historii Polski – 12 ciężarówek, kilkanaście ton sprzętu i pirotechniki. To powoduje, że ludzie zaczynają postrzegać iluzję jako wydarzenie dla całych rodzin, bilety na nasze występy kupują ludzie od 2 do 107 lat i faktycznie każdy się bawi. Te spektakle żyją własnym życiem, jest kabaret magii, gdzie można się pośmiać. Niedawno podczas występu zaprosiłem panią na scenę, która tak mocno zaczęła się śmiać, że wypadła jej sztuczna szczęka. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy i to jest w tym najpiękniejsze. Są też osoby, które na nasze występy przychodzą po 5 razy, ponieważ są spontaniczne, a prosząc na cenę osoby z publiczności nie korzystamy ze statystów i nigdy nie wiemy co się wydarzy.

 

W Borzęcinie wystąpicie podczas koncertu plenerowego, to chyba dodatkowe utrudnienie, gdyż w grę wchodzą warunki atmosferyczne?

 

Problem jest w szczególności wtedy kiedy pada deszcz lub jak świeci słońce prosto w twarz, ale to są trudności sceniczne, z którymi musimy się pogodzić bo nie mamy na nie wpływu. Faktycznie jest trudniej na imprezach plenerowych, ale nie boimy się wyzwań. Zawsze dajemy z siebie 200%! Ta praca to nasza pasja, dlatego dajemy z siebie maksa, chcemy pokazać jak najwięcej, ponieważ przyjemność zaskakiwania ludzi jest dla nas najlepszą nagrodą. Iluzja to zaskakiwanie publiczności.

 

Co zobaczy publiczność w Borzęcinie?

 

Na pewno ktoś zostanie przecięty na pół! Więcej nie mogę zdradzić, ale nasze popisy można bez problemu odszukać w sieci. W Borzęcinie będzie miał miejsce nasz jeden z premierowych pokazów. Strasznie mi się podoba ten numer. Co to będzie? Tajemnica! Jednak już teraz zapraszam wszystkich Czytelników!

 

Iluzja w Polsce cieszy się zainteresowaniem?

 

W Warszawie organizowaliśmy nasz występ i zabrakło miejsc. Sprzedaliśmy 2 tysiące biletów i musieliśmy organizować dwa występy. To tylko jeden przykład. Ludzie są spragnieni wielkich widowisk. To dla nas wyzwanie, bo przecieramy szlaki, nikt tego przed nami nie robił. Są i tacy, którzy przychodzą na nasze występy po kilka razy, aby rozwikłać tajemnice w jaki sposób wykonujemy daną sztuczkę. Jednak zdecydowana większość, która ponownie odpowiada na nasze zaproszenia na koncerty przychodzi po prostu, aby miło znów spędzić czas, ponieważ wiedzą, że każdy występ różni się od siebie.

 

Zdarzają się przypadki, że ktoś odkrywa z publiczności tajemnice konkretnych sztuczek?

 

Nie. Kiedyś ktoś mnie przekonywał, że wie w jaki sposób wykonałem pewną czynność i że na pewno używam luster. Z reguły uśmiecham się bo i tak odbiorcy wierzą w to co widzą, a jaka jest prawda to moja tajemnica. A jeśli ktoś widzi coś, czego nie ma, to jeszcze większy komplement dla mnie. Nikogo nie wyprowadzamy jednak z błędu. Można to podsumować tak: nie można mówić dzieciom, że święty Mikołaj nie istnieje. Dorosły, których przychodzi na nasz spektakl, może przenieść się w świat fantazji, bajki. Bo kiedy żyjemy z mandatami, rachunkami, ciężką pracą, zapominamy o św. Mikołaju, a my właśnie na scenie chcemy przenieść dorosłych w świat bajki, aby mogli się zrelaksować, odpocząć i dobrze się bawić.

 

Ma Pan w repertuarze numery, które już się Panu znudziły?

 

Czasem myślę o zmianach. Mam sztuczki, które wymyśliłem pięć czy dziesięć lat temu, ale jeszcze nigdy ich nie prezentowałem. Jednak tutaj wyznacznikiem jest zainteresowanie publiczności. Kiedyś mówiłem żonie, że chyba zrezygnuję z przebijania kobiet mieczem i zastąpię ten numer czymś innym. Kilka dni później, po jednym z występów, pytam widza, który numer podobał mu się najbardziej. Odpowiedź? Przebicie kobiety mieczem. Słucham publiczności, słucham co podoba się ludziom i tak dobieram repertuar, aby zaspokoić ich oczekiwania. Jest to trudne, gdyż jednemu podoba się numer z fortepianem, innemu odcięte nogi jadące rowerem. To wszystko kwestia gustu.

 

Wykorzystuje Pan magię w codziennym życiu?

 

W policyjnym radiowozie już dwa razy robiłem występ ze znikającymi przedmiotami. W Urzędzie Skarbowym zmieniałem 100 zł na 500 zł i pytałem jaki podatek muszę zapłacić od wyczarowanych 400 zł. Są to formy żartu. Tak jak, w sytuacjach gdy idę z dziećmi do sklepu, każę im stanąć przed drzwiami wejściowymi i mówią czary mary, a drzwi wówczas się rozsuwają. Są wtedy przeszczęśliwe.

 

Kilkanaście dni temu rozmawiałem z C-BooL, którego pytałem czy w wieku 60+ wyobraża się za konsoletą jako DJ. Dla magika jednak wiek to żaden problem?

 

Byłem niedawno na Mistrzostwach Świata i widziałem tam iluzjonistę, który miał 90 lat i wykonywał lewitację asystentki. To była ikona iluzji, świetny styl, gracja poruszania się, stara szkoła iluzji. Uśmiechnąłem się w duszy, z wielkim podziwem i szacunkiem, i powiedziałem sobie, że nawet w takim wieku można zachwycać publiczność. Mam bardzo wybujałą inwencję twórczą i myślę, że na starość też coś przygotuje niekonwencjonalnego, zaskakującego. Życie to wyzwanie i najważniejsza jest chęć tworzenia. Życie pokaże, ale na pewno nie zamierzam łatwo się poddać.

 

Zabiera Pan swoim występem ludzi w świat bajki. Ma Pan takie chwile kiedy nie chce opuszać tej fantastycznej rzeczywistości?

 

Na co dzień jestem realistą, twardo stąpającym po ziemi. Na scenie występuję w bajecznych strojach, wręcz wyimaginowanych, razem z publicznością przenoszę się do tego zaczarowanego świata iluzji. Ale po koncercie zakładam jeansy, podkoszulek i żyję normalnie w oczekiwaniu na kolejny spektakl i wizytę w krainie magii. Bawię się z publicznością, każdy występ przeżywam szczerze i na nowo, nie układam sobie treści, którą przekazuje widzom. Wszystko dzieje się spontanicznie, wiele jest nieprzewidzianych sytuacji – jednym szczęka opada, a innym wypada. To właśnie jest najwspanialsze w tym zawodzie.